potwornie dobra strona graczy

odwiedź nas: Facebook TeamSpeak

środa, 02 wrzesień 2015 12:08

Life is Strange - Epizodyczna przygoda

Life is Strange… Jakby się nad tym zastanowić to tak jest w rzeczywistości. Studio DONTNOD Entertainment świetnie daje do zrozumienia, że życie jest dziwne, a konsekwencje naszych działań mogą być dotkliwe. Oczywiście w życiu to wygląda trochę inaczej, nie potrafimy cofać czasu jak główna bohaterka Max, ale na szczęście wiele życiowych potknięć można naprawić – częściej niż w Life is Strange.



Jeśli ktoś zna Remember Me i jest fanem to w ciemno może odpalać Life is Strange, natomiast jeżeli komuś zręcznościowo – przygodowa produkcja studia DONTNOD z 2013 roku nie przypadła do gustu to…i tak powinien odpalić Life is Strange, zwłaszcza że powstała ona we współpracy ze Square Enix! „LiS” jest epizodyczną przygodówką, która nawiązuje i wykorzystuje formułę, która zastosowana jest w takich produkcjach jak The Walking Dead, The Wolf Among Us czy Game of Thrones.




Różni się natomiast klimatem, przede wszystkim główną bohaterką jest Max Caulfield, która po 5 latach wróciła do Arcadia Bay – miasteczka, w którym dorastała, po to, aby uczyć się fotografii, która jest pasją Max. Na miejscu w dość specyficznych okolicznościach spotyka swoją dawną przyjaciółkę Chloe i akcja się rozkręca.




Produkcja pełna jest wyborów, które będą miały swoje mniejsze lub większe konsekwencje. Wpłyną one nie tylko na Max i Chloe, ale też na wiele innych osób żyjących w Arcadia Bay. Fabuła jest wielowątkowa, lecz głównym celem dziewczyn jest odnalezienie zaginionej 6 miesięcy wcześniej Rachel Amber, która zniknęła z dnia na dzień, zostawiając osoby, które cały czas nie mogą pogodzić się z jej brakiem.




Gra w fantastyczny sposób wciąga w klimat. Z jednej strony mamy naukę, własne troski, problemy bliskich nam osób, a z drugiej staramy się odnowić relacje z Chloe i pomóc jej w poszukiwaniach Rachel. Do tego zestawu dochodzą niepokojące wizje Max, dziwne zjawiska atmosferyczne, jak opady śniegu w trakcie lata i oczywiście umiejętność cofania czasu. Każdy z wątków został potraktowany oddzielnie, w jakiś sposób rozwinięty i spleciony w całość fabularną. W Life is Strange podejmujemy szerokie spektrum wyborów od podlewania roślinki, przechodząc przez zrobienie „faka” na ścianie w pokoju koleżanki, której nie lubimy, na decyzjach, które mają wpływ na czyjeś życie, lub zdrowie kończąc. Każdy wybór ma konsekwencje, o czym przekonujemy się prędzej czy później, a szok spowodowany nietrafnymi wyborami bądź ulga, kiedy okazuje się, że komuś pomogliśmy, odciska swe piętno na graczu. Na koniec epizodu otrzymujemy podsumowanie naszych decyzji w ładnej rozpisce, co zrobiliśmy, czego nie, a jakie działania jeszcze mogliśmy podjąć.




Mówiąc o klimacie, nie można zapomnieć o oprawie audiowizualnej, wykreowanym postaciom i o samym miasteczku. Arcadia Bay jest miejscem, w którym chciałbym w przyszłości mieszkać. Mała, ale niezacofana mieścina, w której ludzie się znają, chodzą do baru na śniadanie, w którym kelnerki znają każdą plotkę, każdą osobę i zawsze mają coś sympatycznego do powiedzenia. Zadbane jednorodzinne domki z podwórkiem, oddzielone od siebie płotami. Jeżdżące „żółciaki”, zielone lasy, morze i ogólny spokój mimo wielu problemów. Do tego zestawu świetnie wykreowane postacie, każda jest inna, ma coś innego do powiedzenia, inne priorytety, wartości, zachowanie, temperament i o stanie psychicznym także można coś powiedzieć.




Spotkamy tu skryte osoby, które mają swój cel bądź chcą pomoc, ale nie wiedzą jak, będą takie, które traktują każdego z góry, bądź są niestabilne emocjonalnie, znajdą się też tacy, którzy mają swoje życie i niczym się nie przejmują, a także te, które poznajemy z całą masą problemów. Wiele osób pozostaje w pamięci na długo, co więcej, już po krótkiej rozmowie wyrabiamy sobie o nich zdanie. Grafika ma lekko kreskówkowy styl, który w żaden sposób nie przeszkadza. Wszystkie te aspekty tworzą symbiozę z muzyką, która jest zwieńczeniem klimatu, a bez której ta gra nie byłaby odbierana w tak świetny sposób.




Jestem po 4 epizodzie, a na piąty będę musiał poczekać do października. Przyznam szczerze, że końcówka 3 części mnie zniszczyła, to było coś, co konkretnie chwyciło za serducho, natomiast 4 epizod to hardkor, mimo że domyślam się co się stanie dalej to październik i tak wydaje się zbyt odległy, chcę dać na wstrzymanie, na spokojnie przeczekać i zapomnieć to gra o mnie nie zapomina – oczywiście w jak najlepszym tego stwierdzenia znaczeniu. A na podsumowanie: Life is Strange jest produkcją, w którą jak najbardziej warto zagrać. Każdy z nas reaguje inaczej, podejmuje inne decyzje, posiada odrębny system wartości i moralny, dlatego jednych gra ruszy bardziej innych mniej, jedni się znudzą, drudzy zafascynują, aczkolwiek niezależnie od tego, jaką rozrywkę lubimy Life is Strange jest produkcją wciągającą i ambitną.



Recenzja epizodu 5 -> Life is Strange Epizod 5


 

 

Ocena

9,5

Plusy

+klimat
+świetny soundtrack
+decyzje
+postaci Max i Chloe
+voice acting

Minusy

-czasem słaba synchornizacja dźwięku z wypowiadanymi zdaniami
-zbyt dużo dialogów w sytuacjach, które do tego nie pasują





Bardziej prywatnie:

Uwaga parę pomniejszych spoilerów!

Life is Strange miażdży czachę swoim klimatem! Mimo że główną bohaterką jest dziewczyna, i gra toczy się w takim trochę dziewczęcym klimacie, a to skakanie po łóżkach, a to przesadne zamartwianie się, a to zróbmy komuś na złość, to jeśli w to zagrasz, nie znaczy, że jesteś babą… To nie Simsy! (w które zresztą też grałem). Mamy tu opowieść, która nawiązuje do licealnego życia, (a kto nie lubi wspominać tych czasów?), lecz w amerykańskich realiach, a w „LiS" są one przedstawione z tej najlepszej perspektywy. Oczywiście sielanka to coś, do czego zmierzamy i niekoniecznie osiągniemy to w takiej formie, w jakiej chciałaby zobaczyć to główna bohaterka, jednakże 5 epizod jeszcze przede mną więc wszystko się może zmienić.




Gra dosłownie wciąga do wykreowanego świata! Pozwala na chwilę zostawić to, czym się zajmujemy, usiąść spokojnie nocą i każdego dnia przejść po jednym epizodzie. Każdy z nich zajmuje od 2-4 godzin, więc czas jest dość optymalny, aczkolwiek dla mnie to i tak za mało. Pierwszy epizod to sprawdzenie, czy gra przypadnie nam do gustu, ja to wiedziałem już na samym początku, kiedy sterując Max, wyszedłem z klasy lekcyjnej. Po tym, jak Max włożyła słuchawki do uszu przywitał mnie klimatyczny kawałek Syd Matters – To All Of You.




 

 


A moim oczom ukazał się szkolny korytarz, do ścian, którego przylegały szafki na rzeczy, należące do uczniów, a także drzwi do klas. Znajdowały się na nim osoby, które ze sobą rozmawiały, szukały czegoś, czytały notatki, czy po prostu chillowały, a na jego końcu znajdowało się przejście do głównego holu. Spacer przez korytarz pozwalał rozejrzeć się trochę po szkole, zatrzymać przy osobach, a Max krótko je opisywała. Oglądanie i czytanie ogłoszeń na szkolnych tablicach było krótko przez nią komentowane raz z przejęciem w głosie, innym razem sarkastycznie. A podróż, przy której utwór Syd Matters ucichł, kończyła się w… Damskiej toalecie… I niezależnie od tego, jak to zabrzmi, właśnie tam zaczęła się prawdziwa przygoda.




Drugi epizod to poznanie większej ilości osób, obserwowanie zmienionego stosunku ludzi do Max, w zależności od dokonanych interakcji i podsumowanie, a także konsekwencje wyborów z pierwszego epizodu. Odkrywamy w nim nowe miejsca, wyrabiamy dość stałą opinie o pewnych postaciach, z pozoru są to schematy osobowości i zachowań, które dobrze znamy z życia czy filmów, kiedy jednak prowadzimy z nimi dłuższe rozmowy, spotykamy w różnych sytuacjach, obserwujemy mimikę, zachowanie i poznajemy ich historię to dostrzegamy cos więcej niż zwykły schemat. To już są bardzo dobrze wykreowane postacie. Nawet zaczyna nam się robić szkoda największego sk^%#(#*a, bądź odczuwamy pewną satysfakcję z jego nieszczęścia. Na tym etapie wiemy jak poruszać się po grze, przede wszystkim poznajemy lepiej Max i dokonujemy wyborów jako my lub jako ona.




Epizod trzeci to bomba na mózg. Po jego skończeniu musiałem czekać dwa tygodnie na czwartą część i była to cholernie ciężka przeprawa. Być może dlatego, że końcówka to było coś, czego sam w 80% doświadczyłem. Life is Strange na tym etapie już tak wciąga w klimat, że przeżywamy to, co się dzieje w Arcadia Bay. Nie jest to coś, co odczuwamy, kiedy czytamy dobry kryminał, podczas którego okazuje się, że wcale niepotrzebny nam jest trening szybkiego czytania, bo ciekawość pozwala wykorzystać 100% naszego mózgu. Mam tu na myśli klimat, który rozbudza naszą ciekawość, brniemy dalej, ale nie tak szybko, jak podczas czytania kryminału, ponieważ gra na to nie pozwala, zostaliśmy już nauczeni, że należy się rozejrzeć, pogadać, zrobić parę zdjęć i zastanowić się nad wyborami, ponieważ byliśmy o mały włos od popełnienia poważnego błędu, albo już go popełniliśmy.




I na tę chwilę ostatni dostępny epizod… <płacz>. Czwarta część to ewidentne przygotowanie do finału opowieści. Na tym etapie powinniśmy już pamiętać, że ta gra to symulacja socjologiczna, cały czas ludzie wpływają na nasze decyzje i tu nie chodzi wcale o manipulacje. Tak jak w życiu, ktoś o cos prosi, kogoś lubimy bardziej, a ktoś nas, jednym chcemy pomóc, innym mniej, a jeszcze kolejnym chcemy się odwdzięczyć bądź zadośćuczynić za krzywdę własną lub innych. Wszystko to ma wpływ na podejmowane decyzje. Łatwiej zauważyć jest to w Life is Strange niż w życiu, ponieważ poniekąd stoimy z boku tego wszystkiego. Najważniejsze, aby pamiętać, aby nie robić nic wbrew sobie.




Oczywiście to nie wszystko, czego możemy spodziewać się po tej grze, poeta ze mnie żaden, ale produkcja studia DONTNOD pozwoliła mi odpłynąć do fikcyjnego amerykańskiego miasteczka Arcadia Bay, wziąć udział w wydarzeniach, które się w nim rozgrywają i być jego częścią, poprzez świadomość tego, że to ja mam wpływ na wiele sytuacji. Samo miasteczko Arcadia Bay i znajdująca się w nim Blackwell Academy, w której nawiązuje się nowe kontakty, przychodzi zmierzyć się z nauką i zaczepkami. Akademik, w którym jest się świadkiem swobodnego zachowania, uczniów, złośliwości, przelotnych romansów, ustawiania na imprezy i codziennego licealnego życia. Bar, gdzie można podsłuchać parę ploteczek, spotkać policjantów zajadających się donutami (no dobra może nie donutami, ale kawę pili na pewno!), a także chwile odpocząć. Dom Chloe, który posłuży za ostoje, centrum rozrywki, miejsce tragedii i biuro detektywa w jednym. A także wysypisko, lasy, stare farmy i plaża. Każde z tych miejsc buduje klimat. Do tego reakcje postaci, ich zachowanie, charakter, osobowość, temperament, poglądy, tajemnice decyzje i więzi. Wszystko to poznajemy, ingerujemy i jak się uda zmieniamy, czy to w stosunku do Max czy względem innych osób. Nieczęsto spotykana oprawa graficzna i perfekcyjnie dobrana muzyka, zarówno jeśli chodzi o utwory, wykonawców, jak i sytuacje, w których jest włączana.




To tyle, co chciałem powiedzieć, przynajmniej trochę się wygadałem. Dla mnie jest to jedna z tych produkcji, które zapadają głęboko w pamięć. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na „Polaryzację”, która powinna pojawić się już w październiku, a Was jeszcze raz zachęcić do spróbowania Life is Strange!



Napisał 
Czytany 3425 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 30 listopad 2015 10:24
Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.