potwornie dobra strona graczy

odwiedź nas: Facebook

środa, 06 styczeń 2016 10:23

Retrospekcja: Bloodborne - Taki Dark Souls tylko, że z Wilkołakami.

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(2 głosów)


‘Najstarszą i najmocniejszą emocją znaną ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu - strach przed nieznanym.’
 ~ Howard Phillips Lovecraft

 



Kiedy Hidetaka Miyazaki wziął krótki urlop od serii gier z Souls w nazwie, trafił na stanowisko dyrektora produkcji nowej marki studia FromSoftware - Bloodborne. Nowy tytuł pozwolił mu ponownie rozwinąć skrzydła. Nie oznacza to bynajmniej, że gra diametralnie różni się od jego poprzednich projektów... W zasadzie to byłoby wierutną bzdurą tak twierdzić, ponieważ czerpie z nich garściami. Rozwija to, co w Soulsach było dobre, ale dorzuca też wiele nowego. Przez to właśnie, nie może uciec od porównań. Ale... Zacznijmy od początku. Bloodborne jest wydanym w połowie 2015 roku exclusivem na konsolę nowej generacji - Playstation 4. Tytuł, tłumaczony z angielskiego, oznacza ‘coś’ przenoszonego przez krew.  I jest to w zasadzie odniesienie do.... wszystkiego w grze. Cała fabuła obraca się wokół krwi, fiolki z krwią są używane jako lekarstwa, przeciwnicy zostawiają po sobie ‘echa’ krwi, a w górskim zamku Cainhurst, na swym tronie, siedzi królowa wysyłająca w świat łowców poszukujących skrzepłego soku życia. Tym którym w tym momencie nasunęło się tylko jedno skojarzenie - wampiryzm, mogę powiedzieć, że są na dobrym tropie.  ‘Drakula’ Brama Stokera, czy też Lovecraftowska mitologia Cthulhu  - to właśnie składa się na niepowtarzalnie mroczny klimat gry. Dzieło From Software jest ukłonem w stronę klasyki horroru.





Gdy już uporamy się z wiecznie groteskowym edytorem postaci pora wkroczyć w ten mroczny świat. Nasz bohater jest przybyszem w mieście Yharnam, jednym z łowców, czyli ludzi polujących na potwory. Rozgrywka rozpoczyna się od niepokojącego wprowadzenia, czegoś w rodzaju koszmaru po transfuzji krwi. Po przebudzeniu przyjdzie graczowi złapać za pada i zaznajomić się z grą poprzez krótki tutorial. Bloodborne, podobnie jak seria soulsów, tutaj nie zawodzi. Znaki uczą nas stawiać pierwsze kroki w świecie gry i powoli doprowadzają do pierwszego poważnego przeciwnika, bossa, który… Bossem wcale nie jest. Stajemy twarzą w twarz z wilkołakiem bez żadnej broni. Da się go oczywiście zabić albo przed nim uciec, ale nie taki jest cel. W zamierzeniu twórców gracz powinien umrzeć i trafić do Snu Tropiciela - huba który, podobnie jak nexus w Demon’s Souls, jest naszą bazą wypadową. Na miejscu mamy dostęp do schowka, sklepu i ‘nowej odsłony’ Szmaragdowej Herold - Lalki.  Po zorientowaniu się, co i jak, pozostało wrócić, już z bronią, na skąpane ciepłym światłem zmierzchu, nieprzyjazne uliczki Yharnam, aby uśpić futrzaka. Sposobów na wysyłanie przeciwników do krainy wiecznych łowów mamy kilka. Dla przykładu, są bronie białe, a chociaż jest ich raptem kilkanaście, każda z nich ma dwa tryby. Są kołkownice, łapy bestii lub laski które z pomocą jednego ruchu ręki zmieniają się w bicze. Ponadto twórcy dają nam do dyspozycji rozmaite bronie palne - od pistoletu skałkowego po przenośną armatę. Wraz ze zmianą arsenału, pojawia się zasadnicza różnica w mechanice kontry. W odróżnieniu od swoich poprzedniczek, Bloodborne, w zasadzie, nie oferuje tarcz. Dlatego właśnie kontruje się poprzez wymierzony, w trakcie ataku przeciwnika, strzał. Ze względu na niedobór tarcz zmienia się też tempo rozgrywki. Gracz musi bazować na unikach i odskokach, akcja jest niewiarygodnie szybka, a sposób prowadzenia walki bardzo ofensywny. Nawiasem mówiąc, wspomniane uniki w połączeniu ze stylistyką wiktoriańskiej anglii (ubrania to przeważnie długie płaszcze), wyglądają bajecznie. Nigdy jeszcze, w grze FromSoftware, walka nie była aż tak płynna. Bohater, spowity reagującą na fizykę i krew tkaniną, porywa przeciwników w specyficzne i widowiskowe tango śmierci. Finalnie, jak przystało na soulsopodobną, gra oferuje magię. No, magię, tak jakby. Odpowiednikiem czarów są tu narzędzia łowieckie, a chociaż brzmi to stosunkowo nudno, w rzeczywistości sprowadza się do strzelania mackami z dłoni i przemieszczaniu z miejsca na miejsce, będąc spowitym w obłok mgły. Niestety są to jedynie rozwiązania pomocnicze, praktycznie nie da się, ze względu na rozmaite ograniczenia, stworzyć postaci posługującej się wyłącznie tymi środkami mordu.





Jeżeli już o mackach i magii mowa, należy wspomnieć o estetyce. Ta z kolei jest strasznie oniryczna. Rozgrywkę zaczynamy w klimatach pseudo-londynu pełnego potworów. Na brukowanych ulicach Yharnam napotkamy pół psy, pół wrony i inne stworzenia rodem z mokrych snów Edgara Allana Poe. Projekty lokacji są bardzo pomysłowe - od dawna nie widziałem w grach, na przykład, sabatu czarownic. Bloodborne oferuje właśnie to i wiele więcej. Widać, że twórcy postanowili wrzucić do jednego worka najlepsze hity horroru. Główną rolę odgrywa tu księżyc. Dzieli on rozgrywkę poszczególnymi swoimi fazami na coś w rodzaju aktów. Wraz z kolejnymi metamorfozami naturalnego satelity gracz zagłębia się coraz bardziej w szaleństwo. Świat zaczyna się diametralnie zmieniać, a wspomniana już estetyka przechodzi w skrajny turpizm. Przeciwnicy wrzodzieją, obrastają włosiem i przypominają bezkształtne masy złożone z mięcha i krwi. Cały temat jest dosyć skomplikowany - fabuła gry, podobnie jak w Soulsach, nie jest podawana na tacy, a i zdradzanie jej (tak samo jak najważniejszego spoilera będącego swoistym nawiązaniem do Lovecrafta) byłoby nie fair wobec osób które czytają recenzję po to, aby się zachęcić do nabycia gry. Wspominałem miejscami o przeciwnikach, ale nie wspomniałem jak to jest z bossami. A z bossami jest jak zwykle. Bardzo dobrze, a nawet lepiej! Jakość zaprojektowania walk stoi na najwyższym poziomie. Najbardziej urzekła mnie walka w której wielkiego złego trzeba gonić po korytarzach zamku po to, aby w końcu zapędzić go w ślepy zaułek i zatłuc drania na amen. Twórcy postawili w tej grze na bardziej pomysłowe rozwiązania niż w poprzedniczkach. Czuć powiew świeżości którego nie było dane nam zaznać od Demon’s Souls. Nie brakuje oczywiście nadal zwyczajnych walk na ‘arenach’, jednakże czuć przedsmak tego, co, miejmy nadzieję, czeka nas w Dark Souls 3.





Cóż, skoro to gra o takich, a nie innych, korzeniach - należy wspomnieć o aspekcie mącącym spokój ducha każdej osoby, która kiedykolwiek miała do czynienia z nim w grze tego typu. O rozgrywce z innymi graczami. W zasadzie to nic się nie zmieniło - wciąż gracza mogą nawiedzić czerwone duchy. Jedyną różnicą jest to, że władca świata może zostać zaatakowany tylko wtedy, gdy pojawi się przemiła pani natarczywie dzwoniąca swoim dzwoneczkiem. Aby uchronić się przed nagłym atakiem kolejnych git gudów należy czym prędzej ją zaszlachtować. Co do jakości serwerów - mam wrażenie, że nadal nie ma rewelacji. W ciągu kilkudziesięciu godzin rozgrywki nawiedzono mnie zaledwie dwa, trzy razy. Za to ja, o dziwo, nie miałem problemów z napadaniem niewinnych łowców. W każdym razie, aspekt wieloosobowy nie zmienił się zbytnio w stosunku do ‘poprzedniczek’. Odświeżono głównie stylistykę - znaki wymieniono na dzwonki, a zbroję płytową - na prochowiec. Ostatnią nowością jest dodanie losowo generowanych lochów. Za pomocą specjalnych kielichów można generować przygotowane albo przez twórców, albo losowe, podziemia. Odważny łowca napotka w nich szeroką paletę przeciwników i miriady pułapek. Pytanie brzmi, czy warto? Moim zdaniem niespecjalnie. Można uzyskać nowe bronie (w  większości po prostu inne wersje tych które można zdobyć poza lochami) i obić tyłek paru nowym bossom, ale sama gra zmienia się przez to w powtarzalny grind. Na szczęście spędzanie czasu na zabawie w Indiana Jones’a nie jest wymagane, aby popchnąć historię do przodu.





Rzeczona historia została rozszerzona 24 listopada o kilka godzin rozgrywki poprzez wydanie DLC o podtytule ‘The Old Hunters’.  Wprowadza on kilka nowych lokacji, nowe i ciekawe bronie, a także klajstruje dziury w fabule które społeczność fanowska już wcześniej zdążyła zalepić niezliczoną falą domysłów. Cóż, dodatek jest bardzo dobry, przynajmniej w mojej skromnej ocenie. Wprowadza dużo więcej odniesień do Lovecrafta, ostatnia lokacja dobrze zestawia się z moim wyobrażeniem miasta z ‘Cienia nad Innsmouth’, a przeciwników chyba wyłowiono z R’lyeh. Czy to DLC jest dobre? Tak, jak najbardziej - doskonale rozszerza wątki i przedłuża zabawę. Czy jest warte swojej ceny? Nie. W chwili pisania recenzji kosztuje 84 złote. Nazwijcie moje nastawienie buraczanym, ale uważam, że dodatek wart jest połowy tej kwoty. Jednakże, podsumowując, z Bloodbornem bawiłem się świetnie. Po przejściu gry muszę powiedzieć, że mam ochotę do niej wrócić. I będę miał okazję, gra pozwala na przechodzenie jej w nieskończoność poprzez New Game +. Bloodborne to taki Souls z krwi i kości, gra którą masteruje się dziesiątkami godzin i która, pomimo porażek, uzależnia. Definitywnie jest to tytuł który powinien pojawić się na półce każdego posiadacza konsolki Sony.





Autor: KDP

Ocena

9

Plusy

+sposób realizacji fabuły
+klimat rodem z Zewu Cthulhu!
+potworki wyrwane z klasyki gatunku
+zachęca do przechodzenia wiele razy

Minusy

-cena DLC,GOTY jest bardziej przystępna
-problemy z multiplayerem
-nudny grind w podziemiach

 

Czytany 1424 razy Ostatnio zmieniany środa, 06 styczeń 2016 10:58

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.